Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

13.5.21

Podsumowanie kwietnia| zakupy kosmetyczne| Wiosna o nas zapomniała!!!

Podsumowanie kwietnia| zakupy kosmetyczne| Wiosna o nas zapomniała!!!

 

Witajcie w maju, oby cieplejszym miesiącu niż kwiecień. Chyba trzy lub więcej razy chowałam i wyciągałam zimowe buty i kurtkę. Zmarzłam niezliczona ilość razy, a popołudnia najchętniej spędzałam pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i Netfixem. Udało mi się obejrzeć w tym czasie dwa seriale: "Szpital New Amsterdam" (Netflix) i "Od nowa"(HBO). Oba bardzo wciągające choć zupełnie rożne. "Szpital New Amsterdam" to lekki serial obyczajowy, którego akcja rozgrywa się w tytułowym szpitalu, gdzie dyrektorem zostaje młody lekarz chory na raka.  A "Od nowa" to thriller psychologiczny, z ciekawymi zwrotami akcji.  

Przez to, że dni stały się bardzo podobne do siebie,  w pewnym momencie pomieszały mi się tygodnie. Nie o takiej wiośnie marzłam i nie na taką czekałam. Pomimo, że miło spędziłam wieczory na swojej kanapie oglądając seriale, to jednak wolę spacery i przebywanie na świeżym powietrzu.  A już opady śniegu pod koniec kwietnia rozłożył mnie na łopatki.

W kwietniu rozpoczęliśmy sezon działkowy, a właściwie to zabraliśmy się za prace porządkowe i za dokończenieprzedsięwzięć rozpoczętych w ubiegłym roku. Dla przypomnienia, w czerwcu 2020 r., kupiliśmy ogródek działkowy, a dokładniej kawałek ziemi, który był w całości zarośnięty dziko rosnącymi drzewkami owocowymi i krzaczyskami. Na ten rok zostało nam dokończenie ogrodzenia, zrobienie fundamentów i postawienie małego blaszanego domku/ składziku na narzędzia itp. Jeśli dobrze pójdzie, to pod koniec maja wreszcie skończymy prace renowacyjne i przyjdzie czas na relaks. Mam nadzieję, że do tego czasu pogoda się opamięta. Marzy mi się, żeby rozłożyć leżak i tak po prostu poleżeć na słońcu i wygrzać zmarznięte kości.


Razem ze znajomymi wybraliśmy się na kolejną wycieczkę, tym razem odwiedziliśmy miejsce dobrze mi znane Skałki Piekło pod Niekłaniem (woj. świętokrzyskie). Już pisałam o tym miejscu na blogu KLIK. 2,5 godziny spacer w doborowym towarzystwie dobrze mi zrobił. A przy okazji zobaczyłam, jak mój pies zachowuje się na skałkach, górkach i pagórkach, bo w tym roku planujemy urlop w Szczawnicy. Okazuje się, że dla Marevla nie ma wzniesienia, którego nie mógłby pokonać. Pozostaje kwestia podróży samochodem, którą nadal źle znosi i ogromnie się stresuje.

 Na koniec oczywiście przegląda kosmetycznych nowości. Nie jest tego zbyt dużo, bo część zaraz po zakupie zaczęłam stosować.


Zależało mi by przetestować piankę myjąca Bielenda Eco Sorbet, ale niestety ciągle jest wyprzedana. Ogólnie zauważyłam, że wiele firm kosmetycznych ma w swojej ofercie tego typu produkty. Ja tym czasem będę testować piankę z Eveline, która ma dość dobre opinie. 
Zdecydowałam się na zakup kolejnego kosmetyku marki Bandi. Tym razem to Tonik-mgiełka S.O.S Mikrobionowy z serii anti irritate, który ma przywracać niezbędną każdej cerze równowagę mikrobiologiczną. 
W Biedronce zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie najlepszej nawilżającej maski ever, Chodzi oczywiście o całonocną maskę witalizującą marki Tołpa.
W reszcie udało mi się dotrzeć do Natury i kupić krem pod oczy marki Botanic, który bardzo zachwala Ania z bloga me&my passion. Trochę czasu mi zajęło zanim się zorientowałam, że te kosmetyki to marka własna Natury ;)
 

W tym samym czasie w Lidlu i Biedronce pojawiły się maseczki marki Glamfox. Jak na maski w płachcie było można je dostać w atrakcyjnej cenie, ok 5 zł. Zrobiłam sobie mały zapas.



Gdy zaczynałam pisać ten post nadal było zimno i mało przyjemnie, na szczęście kilka ostatnich dni pogoda wreszcie zaczęła nas rozpieszczać, a ja na dobre pochowałam grube swetry i zimowe buty. Oby już tak zostało.

Wszystkiego dobrego życzę Wam w maju :*


11.4.21

Podsumowanie marca| prezenty| wyjazdy| nowe kosmetyki| serial komediowy

Podsumowanie marca| prezenty| wyjazdy| nowe kosmetyki| serial komediowy

 


Witajcie w kwietniu, w tę piękna i słoneczną niedzielę. Trudno mi uwierzyć, że znów za kilka dni może spaść śnieg.  Jednak dziś nie o pogodzie, bo czas na podsumowanie marca. Początek marca zapowiadał ciekawy miesiąc, tym bardziej że w marcu mamy początek wiosny i obchodzę urodziny. Zawsze lubiłam marzec, bo to wtedy przyroda zaczyna budzić się do życia, zmieniamy czas na letni, dni stają się zauważalnie dłuższe. I ja też zwykle dostaję o tej porze roku jakiegoś powera. Jaki był marzec w ubiegłym roku, każdy bez wątpienia pamięta. A czy ktoś spodziewał się, że rok później będzie jeszcze gorzej? Mnie oczywiście znów pandemia pokrzyżowała plany, ale to już stało się normą. Ogólnie dni od pewnego czasu bardzo zlewają mi się ze sobą, wszystkie wyglądają podobnie, a motywacji jakby mniej. Pewnie też przez pogodę, bardzo brakuje mi zieleni i ciepła. W marcu pochowałam już wszystkie grube swetry zimowe kurtki i buty, bo miałam już ich dosyć. A schowałam tylko po to, by za kilka dni znów je wyciągnąć ;)
Z przyjemnych rzeczy, które chce zapamiętać z marca to przede wszystkim wyjazd z moim bratem w Góry Świętokrzyskie. Można powiedzieć, że rzuciliśmy wszystko i wsiedliśmy do samochodu. Pogoda na szczęście w trakcie podróży poprawiła się, ale i tak zmarzliśmy wchodząc na Łysicę. Dobrze, że miałam termos z ciepłą herbatą.
Zanim jednak pojechałam w Świętokrzyskie, na początku miesiąca razem ze znajomymi całkiem sporą grupą, wybraliśmy się do Centrum Nauki Kopernik. Dzieciaki znajomych bawiły się świetnie, ale i my starzy z ogromną ciekawością sprawdzaliśmy, jak działają poszczególne eksponaty. To właśnie jest niesamowite w tym miejscu, że wszystkiego można, a właściwie trzeba dotykać.



 Zanim jeszcze wprowadzono kolejny lockdown w województwie mazowieckim, udało mi się pójść do kina na film pt. "Sound of metal". To historia muzyka, który z dnia na dzień traci słuch. Całe jego dotychczasowe życie nagle się rozpada. Ma ogromne problemy, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Świetny film, który zmusza do refleksji i spojrzenia na swoje życie z innej perspektywy. Poza tym pokazuje w realny sposób, jak świat odbierany jest przez osoby niesłyszące, czy przez osoby z implantami słuchowy. To mnie chyba zszokowało najbardziej w tym filmie.
Planach miałam obejrzeć jeszcze co najmniej dwa filmy na dużym ekranie Obiecująca. Młoda. Kobieta. oraz Jeszcze jest czas.
W marcu wciągnęłam się w oglądanie nowego serialu. Tym razem postawiłam na coś lekkiego i komediowego. Po obejrzeniu filmu Palm Springs moją uwagę przykuł Andy Samberg grający jedną z głównych ról. Wiele osób na filmwebie polecało obejrzeć serial Brooklyn 99, gdzie Samberg wciela się postać w jednego z głównych bohaterów. Zaskoczyłam mnie wysoka ocenia tego serialu. Akurat dobrze się złożyło ponieważ można go obejrzeć na Netfixie.
Jake Peralta (Andy Samberg) to utalentowany, lecz leniwy i nieszanujący zasad detektyw z 99. posterunku nowojorskiej policji. Z powodu wysokiej liczby aresztowań pozwala mu się jednak na wiele. To się zmienia, gdy pojawia się nowy dowódca - kapitan Ray Holt.


Na początku wszyscy bohaterowie strasznie mnie irytowali i nie rozumiałam tych zachwytów nad tym serialem. Prawie cały pierwszy sezon obejrzałam "jednym okiem". Jednak już pod koniec sezonu coś wreszcie zaiskrzyło. Zaczęłam rozumieć ten humor. A ci, którzy denerwowali mnie najbardziej, stali się moimi ulubionymi bohaterami. Jest aż 7 sezonów i średnio każdy sezon ma po 22 odcinki. Jest tego sporo, ale odcinki są krótkie, bo trwają nieco ponad 20 minut. Wkręciłam się na maksa w oglądanie, chociaż nie aż tak jak w oglądanie "Teorii Wielkiego Podrywu", który jest moim ulubionym serialem komediowym.


Pochwalę się Wam prezentami urodzinowymi, a właściwie to częścią. Coś na co czekałam najbardziej to paletka cieni Bohema z Glamshopu. Od razu następnego dnia wykonałam nią makijaż. Nigdy nie miałam lepszych cieni, to jest sztos. Nie jest tania, ale warta każdej złotówki. 


Na koniec oczywiście garść nowości kosmetycznych, w których oczywiście nie mogło zabraknąć mojego ulubionego płynu micelarnego Soraya Naturalnie. Skusiłam się ponownie na duet kosmetyków z Eveline z kwasem glikolowym, pisałam o nich ba blogu. Po raz pierwszy będę testować peeling trychologiczny z Bandi. Kolejna nowość to gąbka konjak z Garniera, kupiłam ją w Rossmannie na wyprzedaży za około 11 zł. Dwie ostatnie rzeczy to nawilżająca maseczka Himalya i krem do rąk Eco Nature Bielenda. 


To byłoby na tyle ;) trochę się rozpisałam, ale wiem że część osób lubi długie wpisy z podsumowania miesiąca :D

Pozdrawiam



14.2.21

Niedzielny spacer po lesie| zimowe kadry

Niedzielny spacer po lesie| zimowe kadry


 Coś czuję, że nadejście wiosny w tym roku sprawi mi ogromną radość. Bo aktualnie mamy atak zimy. Co prawda pięknej i mroźnej zimy, ale czekam już na wiosnę. W tej sytuacji idealnie pasuje powiedzenie "Idzie luty, załóż ciepłe buty". Akurat na początku miesiąca kupiłam na wyprzedaży fajne, ciepłe buty ;) Mam już straszną ochotę by schować ciepłe swetry na dno szafy, podobnie jak czapki i szaliki, a wyjąć zwiewne koszule i założyć trampki. 

Póki co, postanowiłam skorzystać z pięknej zimowej aury i razem z Mężem wybraliśmy się na spacer do lasu. Patrząc na temperatury w prognozie pogody będzie się robić cieplej z każdym dniem. Być może już nie będzie okazji by spacerować po ośnieżonym lesie. Warto uwiecznić na zdjęciach ten krajobraz, nie wiadomo kiedy znów będzie taka zima. Każda pogoda jest dobra by się przejść , tylko nie zawsze chce się człowiekowi ruszyć z kanapy. Tym bardziej w niedziele, gdy można poleżeć pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w towarzystwie dobrej książki czy serialu. 




Oczywiście zabraliśmy ze sobą Marvela, żeby się wybiegał. Spacery po mieście nie sprawiają mu takiej radości, jak właśnie przechadzki po lesie. Psiak kocha śnieg. co chwilę znikał w jakieś zaspie, z której wystawały mu tylko czarne uszy. Przy okazji nakręciłam filmiki dla behawiorystki. Niepokoi mnie zachowanie Marvela w samochodzie, jest bardzo pobudzony i piszczy. Wspólnie poszukamy jakiegoś rozwiązania, bo w wakacje chcielibyśmy pojechać gdzieś razem. 




Nie muszę chyba wspominać, że takie zimowe spacery maja korzystny wpływ na nasze zdrowie. Zima w mieście to niestety często problem ze smogiem. W lesie wreszcie można pooddychać świeżym powietrzem, pełną piersią bo nie trzeba nosić maseczki. Godzinny spacer wystarczy by poczuć się lepiej, psychicznie i fizycznie. Budowanie odporności w dzisiejszych trudnych czasach covidowych jest szczególnie ważne, a właśnie dzięki ruchowi o nią zadbamy. Przy okazji zahartujemy organizm, a mroźne zimne powietrze pomaga w walce z infekcjami. Dodatkowo niedzielny spacer sprawi, że w nowy tydzień wejdziemy z nową energią i czystym umysłem. Mnie spacery pomagają np. na bóle głowy i bezsenność. A odkąd zaczęłam regularnie chodzić spalam zbędne kalorie i wreszcie chudnę. 


Lubicie zimowe spacery?

Czekacie już na wiosnę?


29.10.20

Wszystkie odcienie jesieni i szelest liści pod butami

Wszystkie odcienie jesieni  i szelest liści pod butami

Pierwotnie tytuł tego posta miał brzmieć "50 odcieni jesieni". Od razu można się zorientować, że oglądałam ostatnio "50 twarzy Greya". Zrobiłam drugie podejście do tego filmu i nadal uważam, że jest słaby. Chociaż główna bohaterka mniej mnie wkurza niż Laura z "365 dni".

Ale przecież nie o tym dzisiaj, a o pięknej jesieni. Tak, jak uwielbiam wiosnę za budzącą się do życia przyrodę, soczystą zieleń, kolorowe kwiaty, żółte pola rzepaku, kwitnące na biało mirabelki i wiśnie, tak samo uwielbiam jesień za zmieniające się kolory drzew, mgły o poranku, szeleszczące liście pod butami, cięższe wilgotne powietrze.


Podobnie jak wiosną, tak i jesienią pogoda bywa kapryśna. Jako typowa jesieniara czekałam na piękną, złota polską jesień, ale niestety przez prawie dwa tygodnie lało non stop. Deszcze nie przeszkadzają mi jakoś szczególnie, ale weekendy zamiast  w domu miałam spędzać na wyjazdach. Trochę nie wyszło. Dlatego, gdy tylko nie padało wykorzystywałam te chwile na spacery.

Dla mnie jesień najpiękniejsza jest w drugiej połowie października. Większości drzew wtedy ma żółte lub czerwone liście, a te które już spadły pokrywają trawniki i drogi grubym dywanem.  Październik jest jednym z najbardziej kolorowych miesięcy w roku, i dlatego nie rozumiem osób, które twierdzą, że jesień jest szara i bura.

Kilka dni temu wybrałam się na wycieczkę w okolice Szydłowca. Wiele razy przejeżdżałam tędy jadąc do Kielc i za każdym razem powtarzałam sobie, że muszę odwiedzić Pałac Odrowążów w Chlewiskach. 


 
Historia tego miejsca sięga XV wieku, wtedy był tutaj zamek, a dopiero w XVII wieku przebudowano go na pałac. Posiadłość znajduje się na niewielkim zniesieniu. Niestety mogliśmy tylko zwiedzić park przypałacowy, gdyż we wnętrzach pałacu obecnie znajduje się hotel i spa. Wizyta w samym parku wystarczyła by się zachwycić tym miejscem. Terem wokół pałacu jest ogromny i bardzo zadbany (ok. 10 hektarów).  Na szczęście jeszcze nie wzięli się za grabienie liści ;)
Posiadłość w Chlewiskach należy do jednej z najstarszych rezydencji ziemiańskich na terenie Polski.




Na terenie posiadłości znajduje się wspomniany już Pałac Odrowążów, XIX- wieczna stajnia oraz wybudowana w XVII wieku przypałacowa wieżyczka, która niestety była akurat zamknięta. Za to można było wejść na basztę, z której rozpościera się widok na malowniczą panoramę parku. W okół Pałacu znajduje się kilka wejść z podziemnymi korytarzami. Trzy z czterech piwnic zostały zaadaptowane i można je zwiedzać. 

W parku znajduje się również Ogród Medytacji z miejscami mocy. Wg informacji znalezionych na stronie internetowej hotelu: "Posiadłość w Chlewiskach to silne miejsce mocy o potwierdzonym oddziaływaniu energetycznym do 30.000 jednostek w skali Bovisa, dzięki czemu zyskała miano Polskiego Centrum Biowitalności."



Urozmaicona szata roślinna parku wraz z okazałymi pomnikami przyrody czynią to miejsce jednym z najcenniejszych na Mazowszu. Rośnie tu ponad 100 gatunków drzew, z czego 21 to pomniki przyrody. Wstęp do parku jest płatny, 15 zł za osobę.

 Ciesze się, że odkryłam kolejne piękne miejsce na mapie Polski. I, że odwiedziłam je akurat jesienią, gdy prawdopodobnie wygląda najpiękniej. A przepiekne widoki zrekompensowały mi brak słońca.

Widząc te wszystkie kolory nie można powiedzieć, że jesień jest szaro-bura ;)

 

Czy są tu jakieś jesieniary?


4.10.20

Zakopane - fotorelacja z wyjazdu

Zakopane - fotorelacja z wyjazdu

O tym, że pojedziemy tym roku w góry, wiedzieliśmy od chwili ogłoszenia kwarantanny i pandemii. Wiadomo było, że zagraniczne wyjazdy będą utrudnione. Początkowo mieliśmy jechać w Bieszczady, ale znajomi zaproponowali nam wspólny wyjazd do Zakopanego.

Zwykle jadąc na urlop mam skrupulatnie zaplanowany każdy dzień wyjazdu, tym razem było inaczej. Dużo w planach mieszała pogoda. Prognozy zapowiadały 7 dni deszczu z temperaturą około 10-15 stopni. Na szczęście nie sprawdziły się, a pogoda była w kratkę, było słonce, upał i deszcz. Dobrze, że śnieg nie spadł :)
Chodzenie po górach nigdy nie sprawiało mi większych trudności, w końcu weszłam już na Giewont, Kasprowy Wierch, Śnieżkę, Tarnicę, Skrzyczne, Klimczoka, Trzy Korony. Jednak w tym roku góry mnie pokonały. Byłam w złej formie, szybko się męczyłam i miałam problemy z oddychaniem. Zdobywanie kolejnych szczytów szybko odpuściłam i postawiłam na relaks i mniej wymagające trasy. Zawsze mówiłam, że jestem zmęczona po każdym wyjeździe w góry, ale szczęśliwa. Bolało, ale szłam dalej. W tym roku dotarło do mnie, że tak nie musi być. Nie muszę zdobywać kolejnych szczytów i umierać później z bólu. Chyba wreszcie nauczyłam się odpuszczać.
Rusinowa Polana

Dzień 1
Korzystając z pięknej pogody, zaraz po przyjeździe wybraliśmy się na Rusinową Polanę. Miejsce piękne i niewymagające super kondycji.  Dla tych, którzy lubią się wspinać, z Rusionwej Polany mogą wejść na Gęsia Szyję. Tak zrobił mój Mąż, a ja w tym czasie leżałam na trawie i podziwiałam przepiękne widoki. Poza tym zawsze po przyjeździe w góry pierwszego dnia boli mnie głowa. Także postawiłam na aklimatyzację.
Droga na Rusionową Polanę

Dzień 2
W planach mieliśmy wejście z Polany Chochołowskiej na Grzesia, a jeśli siły pozwolą dalej na Rakoń i Wołowiec. Żeby zaoszczędzić czas, postanowiliśmy wypożyczyć rowery i przejechać na nich przez Dolinę Chochołowską. Jadąc ze znajomymi i Mężem miałam wrażenie, że biorę udział w wyścigu Tour de Pologne. Po dojechaniu na polanę mięśnie nóg, aż mnie paliły z bólu. Tytani weszli na Grzesia, Rakoń i Wołowiec, a ja zostałam w schronisku, zjadłam pyszną szarlotkę i w swoim tempie wyruszyłam szlakiem w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu, na który nie weszłam, bo bolały mnie nogi i trochę bałam się iść sama, bo to mało uczęszczany szlak. Ale widoki były piękne.
Dolina Chochołowska

Szlak na Trzydniowiański Wierch


Dzień 3
Tego dnia pogoda zepsuła się, w nocy padało, a w dzień niebo zasłoniły gęste chmury. Mimo niesprzyjającej aury wybraliśmy się na Sarnią Skałę szlakiem przez Dolinę Białego, a powrót przez Dolinę Strążyską. Na szczęście tym razem bez przygód. Mgła gęsta jak mleko zakryła wierzchołki gór, w tym także Giewont, który podobno ładnie widać z Sarniej Skały.


Dzień 4
Pogoda poprawiła się i dlatego wybraliśmy się na Hale Gąsienicowa. Na odwiedzeniu tego miejsca zależało mi najbardziej. Widziałam wiele pięknych zdjęć zrobionych właśnie na Hali. Nie była to łatwa droga dla mnie, w którymś momencie na szlaku podeszła do mnie starsza pani i spytała, czy dobrze się czuję. Zastanawiam się, czy aż tak bardzo było widać moje zmęczenie i problemy z oddychaniem. Powietrze było wilgotne i ciężkie. Ale udało mi się wejść! Tylko znów gęste mgły mocno ograniczyły widoczność. Z Hali Gąsienicowej poszliśmy na Czarny staw Gąsienicowy. Co za widok! Żal było wracać, ale pogoda zaczęła się zmieniać i zaczął padać deszcz.
Hala Gąsienicowa

Czarny Staw Gąsienicowy


Dzień 5
Tego dnia znów się rozdzieliliśmy. Ja ten dzień spędziłam na Gubałówce i polanie Szymoszkowej, kupując pamiątki dla siebie i bliskich, a reszta ekipy zdobywała Świnicę. Nawet gdybym była w lepszej formie nikt by mnie nie namówił na taką trasę. Szlak ten rozpisany był na chyba 9 godzin, oni pokonali go w 7. Trasę z drugiego dnia również pokonali w krótszym czasie. Tytani!
Spacerując po Zakopanem, doszłam do wniosku, że od mojej ostatniej wizyty 5 lat temu miasto bardzo zbrzydło. Z każdej strony atakowały mnie reklamy hoteli, usług, różnego rodzaju produktów, ogromne bilbordy, transparenty. A drogi wjazdowe do Zakopanego to koszmar, można dostać oczopląsu od ilości reklam.

Widok na Giewont z Polany Szymoszkowej

Dzień 6
Przedostatniego dnia znów trafiła nam się super pogoda. Tym razem miało być bardzo lajtowo, wreszcie Mąż poczuł ból w nogach. Dlatego zdecydowaliśmy się na spacer Doliną Kościeliska. Na ten sam pomysł wpadli chyba wszyscy turyści przebywający tego dnia w Zakopanem. Szliśmy w tłumie przez kilka chwil i odbiliśmy na szlak prowadzący na Przysłop Miętusi. Zostawiliśmy za sobą rzekę ludzi. A na tym szlaku było zaskakująco mało ludzi.


Czy żałuje, że nie udało mi się wejść tam, gdzie planowałam? Nie.
Najważniejsze, że wróciłam wypoczęta i zrelaksowana.

Jedyne, nad czym ubolewam, to pogoda, przez którą nie mogłam w pełni cieszyć się pięknymi widokami. Mimo to, cieszę się, że mogłam wrócić w Tatry i odkryć wiele pięknych miejsc. Polska jest piękna :D


Ciekawa jestem, gdzie Wy spędziłyście urlop w tym roku, i czy w ogóle udało się Wam gdzieś wyjechać.
Czekam na Wasze komentarze :)


13.8.20

Mazurski weekend| Fotorelacja z wyjazdu

Mazurski weekend| Fotorelacja z wyjazdu

Wiele razy słyszałam powiedzenie "Mazury-cud natury". Również wiele osób polecało mi wybrać się do krainy 1000 jezior. Jednak mnie nigdy nie było tam po drodze. Zwykle jeżdżę na urlop w góry lub nad morze. O czym Wam ostatnio napisałam w tym wpisie KLIK. Jednak byłam bardzo ciekawa mazurskiego klimatu. Dlatego dość spontanicznie zdecydowaliśmy się na weekendowy wyjazd do Giżycka. 

Gdy już udało mi się zarezerwować nocleg, zaczęłam wertować internet w poszukiwaniu miejsc wartych odwiedzenia i lokalnych atrakcji.  

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy były Mikołajki. Chyba najbardziej znana miejscowość na Mazurach, co było widać po tłumach jakie spotkaliśmy na licach, w lokalach i na promenadzie. Byłam w lekkim szoku, bo nie spodziewałam się tylu ludzi. Dlatego zjedliśmy przepyszny obiad, chwilę jeszcze pospacerowaliśmy i wyruszyliśmy w stronę Giżycka. Gdy dotarliśmy na naszą kwaterę padliśmy ze zmęczenia. 


Wieczorem wybraliśmy się na  rejs by obejrzeć zachód słońca. W trakcie wyjazdu pływaliśmy z Żeglugą Mazurską KLIK. Rejs trwał około 2h. Płynęliśmy po Jeziorze Niegocin, a zachód słońca był równie piękny jak nad morzem, było bardzo romantycznie. Niebo obfitowało w pomarańczowo-złote barwy, żaglówki na jego tle wyglądały przepięknie.



Kolejny dzień spędziliśmy aktywnie, ale i nie mogło zabraknąć kolejnego rejsu. Zarówno w Mikołajkach jak i w Giżycku można  wynająć łódkę/ motorówkę nawet jak nie posiada się patentu żeglarskiego. My jednak woleliśmy nie ryzykować ponieważ żadne z nas nigdy nie trzymało steru w rękach, a na jeziorach bywa tłoczno. 

Zaczęliśmy od zwiedzania Twierdzy Boyen. nie raz już Wam wspominałam, że uwielbiam stare ruiny zamków, fortyfikacji, itp. Dlatego nie mogłam przejść obok takiego miejsca obojętnie. Twierdza Boyen została wzniesiona w latach 1844-1856 jest doskonale zachowanym przykładem pruskiej szkoły fortyfikacyjnej. Stanowiła główne ogniwo w łańcuchu umocnień zamykających od wschodu dostęp na teren państwa pruskiego. Zbudowana została na obszarze liczącym ok. 100 ha i stanowiła bardzo ważny obiekt strategiczny Prus Wschodnich. 

Obecnie teren twierdzy poprzecinany jest licznymi oznakowanymi ścieżkami spacerowymi. Przy kasie dostępne są darmowe foldery z mapkami obiektu i oznaczonymi szlakami pieszymi. W kilku budynkach zorganizowano wystawy tematyczne z interesującymi eksponatami. W twierdzy spędziliśmy około 2h.



Następnie udaliśmy się na rejs po trzech jeziorach (Niegocin, Kisajno i Tajny) i trzech kanałach (kanał Niegociński, Piękna Góra oraz kanał Łuczański). Bardzo przyjemny rejs z ciekawymi widokami. Gdyby nasza wyjazd trwał dłużej na pewno każdego dnia, bralibyśmy udział w jakiś rejsie. Mega mi się to spodobało. Tego dnia akurat było upalnie, a na pokładzie statku. gdy płynęliśmy wiał przyjemny chłodny wietrzyk. Jedną z atrakcji Giżycka jest obrotowy most, otwarcie którego obserwowaliśmy z łodzi.  

Most został zbudowany w 1898 roku i stanowi interesujący zabytek techniki. Ze względu na typ konstrukcji jest unikatowy w skali kraju i jeden z kilku mostów tego typu w Europie. 



Dzień zakończyliśmy krótkim wypadem do miejscowości Ryn, gdzie znajduje się m.in. imponujący zamek krzyżacki wzniesiony na wzgórzu w centrum miasta około roku 1337 . Zamek znajduje się w prywatnych rękach (obecnie jest to hotel),  z powodu sytuacji z koronawirusem nie można go było zwiedzać. W przeciwieństwie do Mikołajek, czy nawet Giżycka, w Rynie było niewielu turystów. Można było łatwo znaleźć ławeczkę nad brzegiem jeziora i zjeść lody. 


Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy na Mazurach był Wilczy Szaniec. W latach 1941–1944 była kwatera główna Adolfa Hitlera. Wilczy Szaniec to kompleks imponujących rozmiarami bunkrów oraz innych zabudowań, gdzie Hitler podejmował najważniejsze decyzje dotyczące II wojny światowej. Także tutaj dokonano nieudanego zamachu na przywódce  III Rzeszy. Na podstawie tych wydarzeń powstał film z Tomem Cruisem w roli głównej, pt. Valkiria. 



 

Był to bardzo udany wyjazd, pogoda nam dopisała, a jeziora nas zachwyciły. Pewne jest, że wrócimy na Mazury, ale już na dłużej. 


Copyright © 2016 PRZY KUBKU HERBATY , Blogger