30.4.20

Denko po raz pierwszy| Bielenda, Balea, Vianek,maseczki

Denko po raz pierwszy| Bielenda, Balea, Vianek,maseczki
Kończę miesiąc pierwszym postem z nowej serii. Denkowe posty będą pojawiać się w nieregularnych odstępach czasu, wtedy gdy zapełni się torba na zużyte opakowania. Ogólnie zauważyłam, że dosyć wolno idzie mi zużywanie kosmetyków, często mam napoczętych kilka produktów, zapominam o ich wykończeniu. Dlatego też stwierdziłam, że może to zmotywuje mnie do regularności w ich zużywaniu. Dziwne, ale sprawia mi radość każde puste opakowanie, które wrzucam do torby ;)
Informacje o kosmetykach zawarte w tych postach będą krótkie i treściwe. W międzyczasie na blogu pojawiać się będą bardziej szczegółowe recenzje wybranych kosmetyków.
Zastosuję też prosty system oceniania kosmetyków:
+  jetem zadowolona, kupię ponownie
nie jestem zadowolona, nie kupię ponownie
+/- nie jestem do końca zadowolona


Na pierwszy ogień produkty do twarzy. Po trzech zużytych opakowaniach płynu micelarnego Eveline, mogę stwierdzić, że mam nowego ulubieńca. Płyn micelarny Eveline dobrze radził sobie z demakijażem twarzy, jak i oczu. Nie podrażniał, nie pienił się. Brak wad.  OCENA: +
Płyn micelarny Bielenda Botanic Formula podobnie jak ten Eveline świetnie rozpuszczał i usuwał makijaż. Niestety na początku stosowania delikatnie szczypał mnie w oczy. Po kilku dniach nieprzyjemne uczycie ustąpiło. OCENA +/-
Kolejny zużyty kosmetyk to różany tonik-mgiełka marki Vianek, o którym pisałam już na blogu KLIK.  Skóra po zastosowaniu tego kosmetyku była fajnie odświeżona, delikatnie nawilżona i przygotowana do kolejnego etapu pielęgnacji. OCENA: +

Kolejna grupa kosmetyków to ciało i włosy.
Zużyłam już kilka opakowań trychologicznego peelingu Biovax`Czystek i czarnuszka`, co oznacza, że jestem zadowolona z jego działania. Najważniejsze, że poprawiła się kondycja skóry głowy. Włosy, które zwykle mam oklapnięte, są fajnie uniesione u nasady i zyskują na objętości. Must have dla osób, które czasem stosują suche szampony lub lakiery do włosów. Więcej na jego temat znajdziecie w tym poście KLIK. OCENA: +
Największą zaletą kokosowej odżywki do włosów marki Balea był piękny zapach, który nie znikał zaraz po jej spłukaniu. Pierwszy raz użyłam ją w trakcie wyjazdu do Chorwacji i za każdy razem gdy ją nakładałam, zapach przypominał mi ten wyjazd. Ale dosyć sentymentów. Poza zapachem, odżywka fajnie też nawilżała włosy, które łatwo się rozczesywało. Ocena: +
Następny produkt marki Balea to peeling cukrowy o zapachu śliwki węgierki. Limitowana zimowa edycja.  Ten peeling pachniał bardzo słodko i intensywnie, zawierał mnóstwo cukrowych drobinek, mocno natłuszczał skórę ( nie lubię tego). Skóra po jego zastosowaniu była gładka i przyjemna w dotyku. Mam jeszcze jedno opakowanie, tym razem wersja zapachowa jabłko i cynamon. OCENA: +\-
Sukcesywnie wykańczam też ostatnie kosmetyki z kalendarza adwentowego marki Balea. Był to mój pierwszy kosmetyczny kalendarz. Jestem pozytywnie zaskoczona jakością i skutecznością tych kosmetyków. Chyba tylko jeden kosmetyk nie sprawdził się u mnie, odżywka w sprayu. Badzo dobry okazał się balsam/maska na usta. Krem z Q10 fajnie natłuszczał skórę, krem do rąk też "dał radę". Pewnie w tym roku również skuszę się na zakup tego kalendarza :) OCENA: +


Nigdy nie byłam zbyt dobra w zużywaniu maseczek. W czasie kwarantanny trochę się to zmieniło. Częściej sięgam po maseczki zarówno te w saszetkach, jak i te w tubkach.
Zacznę od najlepszych, czyli maseczek marki Dr. Mola, są świetne po prostu. Dają mega zastrzyk nawilżenia, do tego tkanina jest ultra cienka, dokładnie przylega do twarzy. Uwielbiam! OCENA: +
Miłym zaskoczeniem okazały się maseczki w kremie Marion, które kupiłam jeszcze zima w Lidlu. Skóra po ich zastosowaniu była dobrze nawilżona i zregenerowana. OCENA: +
Średnie okazały się maski marki Kiko Milano oraz uroczy pingwinek z Balea. Tkanina były gruba i słabo przylegała do twarzy, dawały lekkie nawilżenie. OCENA: +\-
Zadowalające efekty dała mi maseczka marki Bielenda z serii Smoothie mask. Skóra była wygładzona i miękka. OCENA: +

Postanowiłam wypróbować kolejny plasterek na nos, tym razem marki Marion z aktywnym węglem i bambusem. Nie wiem czemu, ale ciągle się łudzę, ze jednak znajdę taki, który faktycznie dobrze oczyści nos z wągrów. Ten tego nie zrobił. Na blogu pojawił się już kiedyś post o podobnych produktach KLIK. OCENA: +

Na koniec dwie próbki kremów Bandi. Super nawilżenie i regeneracja, dlatego zdecydowałam się na zakup kremu pełnowymiarowego. OCENA: +



28.4.20

The Ordinary| serum 10% witaminą B3 i cynkiem

The Ordinary| serum 10% witaminą B3 i cynkiem
Przez kilka ostatnich lat kosmetyku, którego nie mogło zabraknąć w mojej kosmetyczce był Effeclar Duo (+). Ten produkt okazał się istnym wybawieniem w walce z niedoskonałościami, spowodowanymi w głównej mierze tym, że kocham słodycze i potrafię zjeść tabliczkę czekolady na raz :( Jednak w ubiegłym roku zamiast mi pomagać, zaczął szkodzić. Dostawałam po każdym użyciu uczulenia, twarz robiła się czerwona i piekła.  Zaczęłam rozglądać się za czymś innym, co przyśpieszy gojenie się ropnych stanów i rozjaśni przebarwienia potrądzikowe. Zdecydowałam się na zakup serum The Ordinary Niacinamide 10% + Zinc 1%.  Stosuję go od kilkunastu tygodni i mam już na jego temat wyrobione zdanie.

The Ordinary - Niacinamide 10% + Zinc 1%
Serum z 10% witaminą B3 i 1% cynkiem
Cena: ok 26 zł/30ml

Serum The Ordinary podobnie jak inne kosmetyki tej firmy znajduje się w szklanej buteleczce z pipetą. Kupujemy je w kartoniku o minimalistycznej szacie graficznej. Ogólnie kosmetyki te wg mnie stylizowane są na produkty apteczne. Serum jest przeźroczyste o lekko żelowej konsystencji, dzięki czemu zaraz po aplikacji nie spływa z twarzy, nie ma wyraźnego zapachu (teraz nie potrafię go określić bo mam alergię i straszny katar ;) Kosmetyk należy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia.

Skład serum jest krótki i prosty, a składnikami aktywnymi jest niacinamide, czyli witamina B3, która
działa odmładzająco i przeciwzmarszczkowo oraz rozjaśnia przebarwienia, poprawia nawilżenie, działa również leczniczo, przeciwzapalnie i gojąco na skórę trądzikową. Drugim składnikiem jest cynk, który zmniejsza wydzielanie łoju i sebum, działa ściągająco oraz antybakteryjnie.

Na pierwsze efekty nie czekałam długo, już po jednej aplikacji widziałam różnicę. Niedoskonałości znacznie się zmniejszyły, przyschły, stały się mniej widoczne. Ogólnie skóra na twarzy stała się trochę jaśniejsza, delikatnie napięta. Na rozjaśnienie plam po wcześniejszych zmianach trądzikowych musiałam dłużej poczekać. Idzie to dość powoli. Serum początkowo stosowałam dwa razy w tygodniu na całą twarz. Niestety, zauważyłam, że po każdej aplikacji mam bardzo suchą skórę. Dlatego zaczęłam stosować serum miejscowo, na niedoskonałości i ewentualne plamy potrądzikowe. I ten "kompromis" sprawdza się u mnie już dużo lepiej. 

Mała dygresja na koniec. Ostatnio często mam problemy z suchą skórą, powietrze jest strasznie suche w mieszkaniu, ale i na zewnątrz. Może też to zauważyłyście u siebie? Przydałoby się kilka deszczowych dni, bo inaczej uschniemy. 

Podsumowując: jestem zadowolona z działania tego serum z The Ordinary. Chociaż zawarta w nim wit. B3 ma właściwości nawilżające u mnie pojawiło się przesuszenie, dlatego polecam stosować miejscowo. Wtedy ten problem się nie pojawia. Niedoskonałości już po jednym użyciu są dużo mniej widoczne, rozjaśnione i szybko się goją. Warto wypróbować.
A jeżeli zależy Wam tylko na rozjaśnieniu lepsze będą kosmetyki z wit. C 


Znacie to serum?
Czy borykacie się z problemem jakim jest trądzik?





21.4.20

Żel i roślinna pianka do mycia twarzy Soraya Plante

Żel i roślinna pianka do mycia twarzy Soraya Plante
Przez wiele lat stosował przeróżne żele do mycia twarzy. Najdłużej chyba produktu Nivea. I jest to drugi etap mojej codziennej wieczornej rutyny, pierwszy to płyn micelarny.
Od dawna na rynku dostępne są pianki do mycia twarzy. Jednak ja pozostawałam wierna żelom, bo wydawało mi się, że pianki są zbyt delikatne. Z kosmetyków o takiej konsystencji miałam tylko żele pod prysznic, z których nie byłam zadowolona. Miałam wrażenie jakbym tylko ochlapała się wodą ;)
Do wypróbowania roślinnej pianki zachęciła mnie mama. Nie umawiając się, w tym samym czasie ona kupiła piankę, a ja żel marki Soraya z nowej serii Plante.
Pianki myjące mają delikatniejszą konsystencję, są odpowiednie przede wszystkim dla osób z cerą trądzikową, wrażliwą, czy dla alergików.

Roślinna pianka myjąca do twarzy| woda neroli, algi wakame
cena: ok. 20 zł/ 150 ml

Opakowanie zawiera kosmetyk o wodnistej konsystencji, który dzięki pompce zmienia się w delikatną piankę. Pachnie delikatnie i przyjemnie, kwiatowo. Stosuję kosmetyk od około 3 tygodni i jestem w połowie opakowania. Zwykle potrzebuję użyć tylko jedną pompkę, by dokładnie oczyścić twarz z resztek makijażu.
Na początku była sceptycznie nastawiona, jednak działanie kosmetyku pozytywnie mnie zaskoczyło. Sam proces mycia jest o wiele przyjemniejszy. W trakcie mycia twarzy żelem, wkładam w to więcej energii, a stosując piankę wykonuję delikatny masaż. I co zaskakujące, efekty są świetne.


Rośliny żel myjący do twarzy |Aloes, Biała Herbata
cena: ok. 20 zł/150 ml

Żel znajduje się w plastikowej tubce zamykanej na "klik". Opakowanie jest miękkie, z łatwością można z niego wydostać produkt. Zapach jest delikatny, nie nie wyczuwa aloesu ani herbaty, bardziej rumianek. Żel jest gęsty i bezbarwny. Dzięki temu jest super wydajny.

W obu kosmetykach znajduje się 99%  składników pochodzenia naturalnego, także substancja myjąca w nich zawarta jest pochodzenia roślinnego.
Kosmetyki nie podrażniają, mogłam nimi przemywać oczy i nie szczypały mnie.
Stosując żel i piankę solo, czyli bez wcześniejszego demakijażu wykonanego płynem micelarnym, ten pierwszy radzi sobie lepiej. Niestety zmywa całkowicie tuszu z rzęs (zawsze mam mocno wytuszowane rzęsy). Natomiast pianka nie radzi sobie wcale z tuszem, puder i resztę zmywa dobrze, konieczne jest wtedy użycie większej ilości kosmetyku.
Z minusów, pianka sprawia, ze skóra po umyciu jest trochę napięta i  lekko przesuszona.

Podsumowując: jestem zadowolona z obu produktów, żel okazał się bardzo wydajny, a pianka łatwiejsza w aplikacji. Oba kosmetyki bardzo dobrze domywają resztki makijażu. Mają dobre składy i są ogólnodostępne. 
Na pewno skuszę się ponownie na piankę marki Soraya.


13.4.20

Jednodniowy wyjazd do Wilna| Fotorelacja

Jednodniowy wyjazd do Wilna| Fotorelacja
Chwilowo podróże są niemożliwe, pozostają nam wspomnienia i ewentualnie planowanie tych w przyszłości. Pisząc podsumowanie marca, przypomniałam sobie, że tuż przez zamknięciem granic udało mi się odwiedzić kolejną europejską stolicę- Wilno, i że nie pojawiła się jeszcze fotorelacja na blogu.
Była to wycieczka jednodniowa, podobnie jak wyjazd do Pragi i Wiednia, jechałam z lokalnym biurem podróży autokarem. Na zwiedzanie mieliśmy około 12h. Z każdą kolejną wycieczką długie podróże autokarem znoszę coraz lepiej.
Niestety tym razem pogoda nie dopisała. Na początku padał deszcz, było bardzo pochmurno i zimno.


Wyjazd ten odbył się na początku marca nie bez powodu. 4 marca obchodzony jest w Wilnie dzień św. Kazimierza, z tej okazji organizowany jest jarmark odpustowy, tak zwane Kaziuki. Tradycja kaziukowego jarmarku sięga początku XVII wieku.

Wilno, oczywiście jak większości Polaków, tak i mnie kojarzy się przede wszystkim z A.Mickiewiczem i Ostrą Bramą. Jednak zanim dotarliśmy pod najbardziej charakterystyczne miejsce w mieście, odwiedziliśmy Cmentarz na Rossie, gdzie znajduje się m.in. grób w którym spoczywa matka Józefa Piłsudskiego i jego serce. Spoczywają tutaj również polscy żołnierze polegli w walkach w latach 1919, 1920, 1939 i 1944, a także znane postacie polskiej, białoruskiej i litewskiej historii.



W okolicy Cmentarza na Rossie znajduje się Kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu, z zewnątrz wygląda niepozornie, jak wiele innych kościołów, które widziałam. Natomiast jego wnętrze zachwyca. Praktycznie całe ściany i sufity świątyni pokryte są sztukaterią. Jest to ponad 2 tysiące rzeźb stiukowych o tematyce biblijnej, mitologicznej i historycznej. Szczęka mi opadła do samej podłogi.



Wilno może pochwalić się imponującym pod względem wielkości Starym Miastem, które jest trzy razy większe od krakowskiego. Poza tym jest również miastem świątyń. Odniosłam wrażenie, że więcej jest tutaj budynków sakralnych niż w Rzymie.  Na każdej uliczce jest jakiś kościół lub cerkiew.




Gdy zaczęliśmy długi spacer po wileńskiej Starówce odniosłam wrażenie, że jest tutaj bardzo swojsko i polsko. Co i rusz spotykaliśmy jakieś budynki czy miejsca powiązane z historią naszego kraju. Pod względem architektonicznym Wilno jest dla mnie miksem dwóch miast: Krakowa i Lublina. Czułam się jak u siebie.




Nietypowym miejscem na mapie Wilna jest dzielnica Zarzecze, kolebka artystów. Co ciekawe Republiki Užupis ma własny hymn, konstytucję, prezydenta, premiera, ambasadorów, biskupa i swego patrona – Anioła Zarzecza z brązu. A na murach przy ulicy Paupio wypisana jest konstytucja Republiki w kilku językach. Do Zarzecza prowadzi siedem mostów. W wąskich uliczkach znajdują się pracownie artystyczne, butiki z ubraniami miejscowych projektantów, modne kawiarnie i restauracje z kuchnią innych krajów.




Gdy jest się w Wilnie koniecznie trzeba wejść na Górę Zamkową, zwaną również Górą Giedymina. Na wzgórzu znajdują się ruiny Zamku Gónego, który był siedzibą prawie wszystkich władców Litwy. Najlepiej zachowaną częścią zamku jest baszta obronna, nosząca nazwę Baszta Giedymina. Ze wzgórza rozpościera się widok na całe Wilno.


Uliczki Starego Miasta skrywają wiele ciekawych zakamarków. Jednym z takich miejsc jest Uliczka Literatów, gdzie w ściany budynków wmurowano tabliczki upamiętniające wybitnych pisarzy związanych z Litwą, są też polskie akcenty.
Jedna ze ścian budynku, w którym kiedyś znajdował się sklep z herbatą wmurowanych jest kilkanaście imbryczków. 
W podwórkach natknęłam się na ciekawe murale i instalacje artystyczne.





Na koniec muzę jeszcze wspomnieć o kuchni i przysmakach wileńskich. Potrawy, których trzeba spróbować to cepeliny, składnikiem tego specjału są gotowane i surowe ziemniaki, mięso głównie wieprzowe, smażony boczek z cebulą jako okrasa, bliny, czyli placki ziemniaczane z kwaśną śmietaną  i babka ziemniaczana - kugelis. Słynna jest również litewska słonina, która podobno smakuje wyjątkowo.

Miło było znów wrócić do Wilna tworząc ten post. Stolica Litwy nie jest tak pięknie odnowiona jak Praga czy Wiedeń, ale uroku jej nie brakuje. Stare Miasto jest na tyle duże, można po nim spacerować wiele godzin. W cieplejszych miesiącach miło będzie posiedzieć w kawiarnianych ogródkach i nad brzegiem rzeki, zjeść coś dobrego. Mieszkańcy Wilna okazali się mili, tacy ... hmm normalni. 



9.4.20

Vianek| Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy z ekstraktem z owoców róży

Vianek| Łagodzący tonik-mgiełka do twarzy z ekstraktem z owoców róży
 W mojej codziennej pielęgnacji nie może zabraknąć ważnego etapu jakim jest tonizacja skóry. Przez pewien czas, niegodnie z jego funkcją stosowałam płyn micelarny . Zamiast do demakijażu używałam go po umyciu twarzy, a przed nałożeniem kremu, czy tak jak powinnam stosować tonik.
Czym jest w ogóle tonik? Jest to kosmetyk na bazie wody, do której dodawane są substancje nawilżające, aktywne, ekstrakty roślinne. Jako tonik można też  stosować wodę mineralną,  termalną lub hydrolaty. Toniku używamy by przywrócić odpowiednie pH skórze.

Miałam już kilka produktów marki Vianek. Z niektórych byłam zadowolona bardziej, z innych mniej. Czas na to bym podzieliła się z Wami opinią na temat kolejnego kosmetyku. Jak widzicie po tytule post ten dotyczy toniku różanego.

Vianek, łagodzący tonik-mgiełka do twarzy z ekstraktem z owoców róży 
cena: ok. 19 zł/ 150 ml
 
Jakiś czas temu bardzo polubiłam kosmetyki różane w codziennej pielęgnacji, zwykle dobrze się u mnie sprawdzają. Wyjątek stanowi woda różan Make Me Bio, o której już pisałam na blogu KLIK.

Opakowanie toniku  to plastikowa buteleczka z atomizerem, który działa bez zarzutu. Po otwarciu produkt należy zużyć w ciągu trzech miesięcy. Tonik pachnie oczywiście różami i jest to delikatny zapach, który szybko się ulatnia. Ma oczywiście wodnistą i nietłustą konsystencję, szybko się wchłania.
Kosmetyk zawiera alantoinę, która działa łagodząco, alginian sodu, który pełni funkcję ochronną. W składzie znajduje się również kwas mlekowy o działaniu antyoksydacyjnym i wspomagającym mechanizmy naprawcze, natomiast olejek geraniowy poprawia elastyczność i uspokaja skórę.

Skóra po zastosowaniu tego kosmetyku jest fajnie odświeżona, delikatnie nawilżona. Po aplikacji produktu na skórę mijało uczucie ściągnięcia, które zawsze mi towarzyszy po myciu twarzy żelem. Czasem miałam wrażenie, że lekko się lepi i pieni, może to przez złą aplikację? Zwykle aplikowałam go bezpośrednio na skórę rano, a wieczorem najpierw na wacik, którym przecierałam twarz, by mieć pewność, że zmyłam cały makijaż i skóra jest gotowa na kolejną dawkę pielęgnacji.

Podsumowując: jestem zadowolona z toniku marki Vianek, nie podrażnił mojej skóry, dobrze przygotowywał twarz na kolejne etapy pielęgnacji.








3.4.20

Podsumowanie marca| kosmetyczne nowości| muzyka| życie w czasach zarazy

Podsumowanie marca| kosmetyczne nowości| muzyka| życie w czasach zarazy
Witajcie w kwietniu :)
Czy ktokolwiek spodziewał się, że marzec będzie tak wyglądać? Ciężko jest się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Każdy z nas odczuwa negatywne skutki pandemii i narodowej kwarantanny. Cierpi na tym nasze samopoczucie, zdrowie, relacje z bliskimi, praca, finanse.  Dla mnie najgorsza jest niepewność i strach. Chociaż, pierwszy tydzień kwarantanny wspominam bardzo dobrze. Wyspałam się, odpoczęła, byłam też na dłuższym spacerze (jak do tej pory jedynym), nadrobiłam kilka zaległości. Jednak, po 20 dniach mam już dosyć zamknięcia. Wiadomo, że i tak mam lepiej niż inni, którzy muszą pracować, mają kontakt z innymi, jak chociażby mój Mąż, nie wspominając o służbie medycznej, która ma bezpośredni kontakt z chorymi i cierpi z powodu braku odpowiedniego sprzętu czy podstawowego zabezpieczenia. Gdy dotarły do mnie pierwsze informacje o tym, że personel medyczny prosi o rękawiczki i maseczki, poczułam złość i zażenowanie. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć brak respiratorów, są to drogie rzeczy, ale maseczki????
Najgorsze były dni, kiedy kilka godzin spędzałam na czytaniu wiadomości dotyczących koronawirusa. Przeraża mnie również agresja i hejt w komentarzach w internecie. Ludzie są bardzo sfrustrowani tą sytuacją i niestety czują potrzebę wyładowania się na kimś. Obrywają często niewinni. Sama tego doświadczyłam, gdy popróbowałam wytłumaczyć pewnej kobiecie z czego wynika zamieszanie w oświacie. Nie docierały do niej żadne argumenty, zaczęła mnie atakować. Ostatecznie zostałam zablokowana.
Dla własnego dobra zaczęłam dozować sobie informacje o obecnej sytuacji, wychodzi mi to na zdrowie. Żałuję, że nie mam psa ;) bo moje jedyne wyjścia ograniczają się do wycieczek raz na kilka dni do sklepu spożywczego.

Wszystko, co wydarzyło się do 13 marca, wydaję się takie odległe. A był to całkiem fajny początek miesiąca. Prawie zapomniałam o tym, że byłam w Wilnie. Muszę wrzucić relację na bloga, bo jest to miasto warte odwiedzin.
Mimo wszystko, w marcu nie zabrakło miłych chwil. Był przecież Dzień Kobiet, minął rok jak założyłam bloga i moje 33 urodziny. Akurat one pozostaną na długo w mojej pamięci. Kojarzycie może memy dotyczących osób urodzonych w marcu\ kwietniu, które siedzą samotnie z tortem. Taże u mnie było podobnie ;) Były też prezenty, czyli kolejne przyjemności.

Czasu na słuchanie muzyki mi nie brakuje, od bliskich dostałam te dwie wspaniałe płyty polskich twórców. Utwory z płyty Dawida Podsiadło znałam już wcześniej, ulubioną piosenką niezmiennie, od właściwie premiery singla, jest "Nie ma fal". Natomiast z płyty Darii Zawiałow, tylko dwie. A moją ulubioną piosenką jest "Gdybym miała serce" oraz "Nie odbiję się od Ciebie". Dziewczyna ma bardzo fajny głos, płyta jest rytmiczna, kawałki szybko wpadają w ucho.
W ramach prezentu urodzinowego dostałam bransoletkę marki Pandora i trzy charmsy. Każdy ma dla mnie duże znaczenie, walizka symbolizuje moją największą miłość, czyli podróże, serce z drzewem to symbol przywiązania do rodziny, a imbryczek wybrałam sama dla upamiętnienia tego bloga.

Na blogu jakiś czas temu pisałam o kosmetyku marki Hej Organic! KLIK. Pisałam wtedy, że z chęcią wypróbuję jakieś nowe produkty, akurat ten zestaw kosmetyków również dostałam na urodziny.

Trochę nowości kosmetycznych wpadło przy okazji robienia zapasu mydła do mycia rąk, zakupów w Lidlu lub osiedlowym sklepie. Siedząc w domu nie maluję się, wyjątek stanowi malowanie paznokci. Za to dobrze idzie mi zużywanie produktów pielęgnacyjnych. Wreszcie zużywam zapasy maseczek, nie sądziłam, że mam ich aż tyle. Nie wychodzę z domu więc działam też z kwasami.
Na koniec kosmetyki marki Bandi, które zamówiłam po rekomendacji Justyny z LGS, która zachwalała Bio-esencję naprawczą tej marki, a że akurat na stronie była promocja 1+1 gratis, skusiłam się na witaminowy olejek do demakijażu.

Zawsze na koniec pojawiało się kilka słów o tym, co pojawi się na blogu.  Ciężko jest coś planować. Na pewno pojawi się post z fotorelacją z Wilna oraz wpis z maskami na dłonie, o moich ulubionych kolorach lakierów do paznokci na wiosnę i lato, będzie też pierwsze denko na blogu. Zastanawiam jeszcze na tematem miesiąca. Bo pandemia pokrzyżowała mi plany. Ehh....

Tęsknię za normalnością ...
Najchętniej poszłabym na mega długi spacer po lesie, przewietrzyła głowę. Ale boję się, że wlepią nam mandat, albo gdzieś na trasie zatrzyma nas policja i będą kazali zawrócić do domu. Niestety, znajomi mieli taką sytuację. Także siedzę, grzecznie w domu.


A jak Wy znosicie obecną sytuację?


Copyright © 2016 PRZY KUBKU HERBATY , Blogger